wtorek, 27 grudnia 2011
(...) W drodze do doktora Tari spotkała Lilian, która załatwiała poranne sprawunki. -Jak Ren?, Tari mów!- padły słowa zamiast powitania. Widać było, że kobieta nadal jest wstrząśnięta wydarzeniami przedwczorajszej nocy. (...) -Czy ty mnie słuchasz?- prawie zawołała Lilian. -Słucham Lili- odpowiedziała Tari bez przekonania- Ren pojechał dziś do pracy..., a jak się czuje... -znów myślała, co odpowiedzieć przyjaciółce- Jutro jedziemy po nowe konie i wiem, że wtedy poczuje się lepiej. -Och, to dobrze.- szczerze ucieszyła się Lilian- Bardzo wam tego wszystkiego współczuję, ale to już przeszłość, dzięki Bogu! -wzniosła wzrok w niebo. Tari natomiast opuściła spojrzenie na ziemię. (...) -Nie słychać w okolicy o żadnych innych zarażeniach- kontynuowała Lilian- Nasi mężczyźni to bohaterowie, tak powinnyśmy o nich myśleć. (...) Tari uspokajała myśli, wiedziała jak bardzo Ren brzydzi się kłamstwem, a z jej powodu musiał się nim splamić. Aby ją chronić wymyślił jakąś zarazę i teraz wszyscy w okolicy byli przekonani, że tak właśnie było. "A oto jestem ja" -myślała bezsilnie Tari- "Największa zaraza mojego Rena. Mojego bohatera." Najzwyczajniej czuła się niegodna samej obecności Rena w jej życiu, a co dopiero jego uczuć. Czuła się marna. Sięgnęła do torebki i wyciągnęła z niej pudełeczko od doktora. Bez zastanowienia wzięła dwie tabletki i połknęła je. Nie ważne było w tym momencie czy miały jej pomóc, czy zaszkodzić. (...) (~M~)
Subskrybuj:
Komentarze do posta
(
Atom
)

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz