(...) Tego wieczora, gdy wróciła do domu Ren siedział na werandzie czekając na nią. Zasnął jednak w przyjemnej, chłodnej ciszy. Tari podchodząc do niego zdążyła oszacować występowanie czerwonych kropek na podłodze i serce rosło jej ze szczęścia ponieważ ilość ich raczej nie zwiększyła się. (...) Nie chciała go budzić, ale musiała przytulić. Spał nadal a Tari przez następne chwile otaczała go całą miłością jaką miała. Pomyślała każdą modlitwę, którą znała i wystrzelała ze strzelby Rena wszystkie demony i poczwary idące, lecące i pełzające w stronę ich życia. Przestała dopiero wtedy, gdy zaczęło robić się naprawdę chłodno. Kochała go do szaleństwa odkąd pierwszy raz go ujrzała i tak już miało pozostać na wieki. Był dla niej jedyną znaną, bezpieczną i nieodzowną do oddychania RZECZĄ w życiu. - Kocham Cię - Wyszeptała mu do ucha i pocałowała zanim zdążył się obudzić. W następnej chwili poczuła na swoich ustach jego uśmiech. Ona również uśmiechnęła się nie przestając go całować. Pragnęła, aby ta chwila trwała wiecznie. A już na pewno chciała ją na wieki zapamiętać. Oczyma wyobraźni widziała, że nie oszczędzi dziś Rena w sypialni a swe postanowienie popierała brakiem nowych plam krwi na podłodze werandy. Chciała go tak jak kochała, do szaleństwa. - Brałeś wszystkie leki? - zapytała z trudem odsuwając twarz od jego twarzy, ale bardzo chciała go już zobaczyć. - Brałem... i czuję się bardzo dobrze. - odpowiedział z uśmiechem otwierając oczy. Strużka krwi z kącika prawego oka przecięła jego policzek i zakończyła swój bieg na spodniach Rena. Nawet tego nie zauważył. Twarz Tari w jednej chwili stała się martwa i bez świadomości padła na deski werandy. (...) Przerażony próbował przywrócić jej przytomność, potrząsał nią i krzyczał jej imię, nie pojmował co się stało. Przytulił ją unosząc i znów krzyczał, Tari nie reagowała, była zimna. (...) Czując jakby początek obłędu zaniósł ja do domu i położył na łóżku unosząc jej nogi na oparciu. - Dalej Tari, obudź się . - Błagał ją całując i głaszcząc. (...) W chwili, gdy zamierzał jednak ją zostawić by pobiec po doktora Tari drgnęła. Następną rzeczą jaką zobaczył była jego krew na jej twarzy i bluzce. Jego wnętrze wyło. Tari wracała do siebie, Ren płakał i przepraszał ją. Takiej mieszanki miłości i rozpaczy jaka wypełniła ich dom w tej chwili nie było tu nigdy wcześniej. Tego wieczoru Tari wydawało się, że umarła w niej nadzieja na szczęście. I chociaż tak naprawdę nadzieja owa jeszcze nie umarła, w tym momencie była o tym przekonana, nie zdając sobie sprawy z tego jak bardzo się myliła. I w tej chwili beznadziei pierwszy raz nazwała Rena dla siebie swoim Sacrum. Po cichutku, w swoim wnętrzu, tak, by przypadkiem się o tym nie dowiedział. (...) (~M~)

Brak komentarzy :
Prześlij komentarz