środa, 7 grudnia 2011



(...) Tari i Ren rzadko mieli wspólne zdanie. Różniło ich wiele, lecz łączyło jeszcze więcej. Odróżniali się też mocno od innych mieszkańców doliny, ale do tego wszyscy dawno zdążyli się przyzwyczaić. Okoliczna ludność była na ogół przyjazna, życzliwa i tolerancyjna, nawet dla obcych i gości, a Tari i Ren byli tu przecież u siebie. Najbardziej różnili się od reszty mieszkańców wyglądem. Oboje mieli prawie czarne włosy, co było tutaj więcej niż rzadkością, Ren na dodatek miał ciemną karnację i nieco egzotyczną urodę. Jego świętej pamięci rodzice sporo przeszli z powodu odbiegającego od innych wyglądu syna. Po okolicy krążyły historie mówiące o tym jak to matka Rena nie mogąc począć dziecka z własnym mężem zrobiła to z jak plotkowano - byle kim. Byle Kto nie pochodził stąd, był kupcem czy rzemieślnikiem, który przypłynął tu i odpłynął. Ojciec i matka Rena wiedzieli, że Byle Kogo nigdy nie było. Tari również wierzyła w nieistnienie Byle Kogo. Ren, chociaż pragnął w to wierzyć, nie potrafił. Tari zawsze czuła, gdy myślał o swoim ojcu, mimo, że prawie nigdy o tym nie rozmawiali. Czuła wtedy ten bezsens rozmyślań, lęków, tęsknot ukochanego, była bowiem pewna, że ojciec Rena był tylko jeden i nikt inny w życiu jego matki nigdy się nie pojawił. A jeśli ona czuła coś w ten sposób musiało to być prawdą. Wiedziała jednak, że w tym momencie musi zostawić Rena samego ze sobą. Tak właśnie robiła, mimo, że jej serce pragnęło wziąć na siebie całe jego cierpienie i niepokój. Dbała wówczas o to, by w domu nie zabrakło mocnego wina ... i sama piła, o wiele więcej niż on. Nie miała dobrego zdania o sobie a pod wpływem alkoholu uważała się za jeszcze gorszą i bezwartościową. Nie mogła pojąć, dlaczego Ren tak ślepo uważał inaczej. Tari odnajdywała w sobie jakiś stopień szaleństwa i czuła, że to zła energia. To tak, jakby księżyc wspomagany wydarzeniami mijającego dnia płatał jej swym wpływem dość okrutne figle. Tygodniami potrafiła prawie nie jeść i nie spać, żyjąc w bliżej nie określonym świecie do którego Ren nie miał dostępu. W tych "dziwnych" jak mówił Ren okresach, a "złych" lub "martwych" jak myślała Tari jego opieka i miłość sprawiały, że w ogóle mogła funkcjonować. Czasami patrząc na niego widziała wielkie, żywe, oddychające skrzydła wyrastające z jego ramion, nigdy jednak nie powiedziała mu o swojej wizji. Widział dość jej szaleństwa, nie chciała by dodatkowo słuchał głosu, jakim szaleństwo przemawia. Czy to w szaleństwie, czy w spokoju, który w końcu po nim przychodził Tari czuła, że jest dla Rena ciężarem. Że nie zasługuje na niego. Wiedziała, że gdyby znał jej myśli raniła by go nimi do żywego, ale nie potrafiła czuć inaczej. Było to silniejsze od niej. A Ren kochał Tari nad życie. Bez przesadnych emocji zdarzało mu się mówić o tym, że gdyby zabrakło Tari bez chwili zawahania odebrałby sobie życie. W dolinie nie było osoby, która by o tym nie wiedziała, Ren bowiem najczęściej wypowiadał się w knajpie nie będąc już najtrzeźwiejszym jej klientem. Mimo to wiadome było, że mówi co czuje. Niektórzy mężczyźni z tego powodu mieli go za mięczaka, a większość tutejszych kobiet zapewne pragnęła choć raz w życiu usłyszeć takie słowa z ust swych mężów. Ale drugiego takiego jak Ren nie było. Ani drugiej takiej jak Tari. (...) (~M~)





Brak komentarzy :