piątek, 25 listopada 2011



(...) Moja miłość jest szalona, nienormalna, od dawna jest jakąś chorą obsesją opartą na nieustannym lęku. Nie ma we mnie już ani kawałka mnie, ani promila dawnej Tari, cała jestem moim Renem. Powinnam nosić jego imię i najlepiej żyć w jego środku. Razem z nim chorować i umierać. O tak, to było by najlepsze dla mnie. Wtedy mogłoby już stać się to, co i tak nastąpi. - Takie myśli nie opuszczały Tari już ani na chwilę. Jeszcze niedawno potrafiła uwolnić się od nich gdy kochali się. Rozkosz jaką dawał jej Ren na moment wypierała ze świadomości owe lęki i zafałszowywała podłą rzeczywistość. W tych magicznych chwilach oszukiwała się najskuteczniej. Ren nagle był silny i zdrowy. Od pewnego czasu jednak najmocniejsze nawet uniesienia ich miłości zaledwie nakładały się na jej rozpacz niczym piękny, przyjemny ale przeźroczysty jednak szal, który nie był w stanie przykryć czerni jej rozpaczy. Nie znajdowała ukojenia. Wręcz przeciwnie, jej ból i bezsilność potęgowały się w tych chwilach do granic wytrzymałości. Szaleństwo i obłęd były tuż, tuż. Zasypiała mocno przytulona do niego w nadziei, że rano oboje nie obudzą się już. I o to modliła się odchodząc w sen. (...)  (~M~)






Brak komentarzy :